niedziela, 21 września 2008

There is no sky in China

Zdjęcia ze świątyń w mieście i poza nim, ze świętej góry Qingsheng, z Chengdu nocą i za dnia. Pomieszane, nie chronologiczne. Migawki z Krainy Snów, Meng Du.

There is no sky in China. Brzmi, jak slogan z reklamy biura podróży, tylko treść jakaś dziwna. Tak Magda, używszy języka Angielczyków, skwitowała białe plamy na świeżo zrobionych zdjęciach. Rzeczywiście, budynki, drzewia, ludzie - wszystko wygląda, jak wycięte i naklejone na białą kartkę. Syczuan nie jest przychylny fotografom, a już na pewno nie fotografom amatorom. I wszystkim tym, którzy nie władają fotoszopem - im też Syczuan nie jest przychylny. Mówi się trudno i wrzuca się fotki takimi, jakimi są, ewentualnie troszkę przy nich pogrzebawszy za pomocą painta...

Relacje z odwiedzonych miejsc już wkrótce.
























Ostatnie zdjęcie z hostelu u Sima i Maki. Link z boku strony.
Zdjęcie pary na pasach z cyklu "Znajdz nie pasujący element".
I jest pewien szczególny powód, dla którego fotografuje w Chinach pająki.
Acha, jeszcze jedno. Dziewczynka wkładająca kijek do sadzawki w rzeczywistości karmi karpie.


środa, 10 września 2008

iluminacja

Mojej makaronowej kobiety nie ma na jej stałym miejscu od dwu dni. Mam nadzieję, że wróci. Zmuszona sytuacją zjadłam kolację u innej kobiety, makaron miał lekko słodkawy posmak i był doskonały. Po posiłku urwałam kawałek ligniny z rolki stojącej na moim stoliku i wytarłam usta. Rzuciłam ligninę pod nogi, między skórki od arbuza i kulki ligniny pozostawione przez poprzednich klientów. Nowa makaronowa kobieta spytała mnie, czy się najadłam, czy mi smakowało. Pokiwałam z uznaniem głową, zapłaciłam dwa juany i klucząc między straganami wróciłam do mieszkania.
I olśniło mnie. O tym, gdzie jest koniec świata, nie decyduje, czy ludzie biegają w dżinsach czy w opasce biodrowej, albo czy mają, czy nie mają dvd. W Longquan ani dżinsów, ani dvd nie brakuje. To mentalność ludzi sprawia, że tu świat się kończy. To, czy społeczność rządzi się tymi samymi prawami, którymi rządziła się zanim przyszły dżinsy - to jest czynnik, który decyduje o tym, gdzie jest koniec świata. W Longquan jest kilka salonów fryzjerskich, ale i tak po nowe uczesanie chodzi się do golarza na rogu, który rozstawia swój kram codziennie koło południa. A do fryzjera się idzie po masaż głowy. I do póki tak jest, tu właśnie jest koniec świata.

piątek, 5 września 2008

W sumie, to mi tu nadal dobrze

No i porobiło się. Stojąc na parkingu z plastikowymi siatkami w obu rękach nie mogłam pomachać odjeżdżającemu w żółto-czarnej taksówce Meksykaninowi. Zresztą, muszę przyznać, że nie czułam specjalnej potrzeby. Zaskakujące, że jeszcze tak niedawno, niecałe dziesięć lat temu przyjaźnie zawierało się tak łatwo. Ot, poznało się kogoś i duchowe porozumienie właściwie gotowe. Dzieciństwo jednak było łatwiejsze.

Dwa miesiące spędzone z Arturo nie zaowocowały żadnym szczególnym porozumieniem, ani to duchowym, ani na pewno, i dzięki za to niebiosom, fizycznym. Mimo że w pewnym sensie byliśmy drużyną, graliśmy My – przeciw Nim. Oni to oczywiście szefostwo firmy w Pekinie, a tu w Longquan przemądrzała dyrektorka przedszkola, czasem Denna, czasem wszyscy Chińczycy. Bo nie da się ukryć, że biały człowiek jest tu inny, obcy.

Tak więc przez dwa miesiące, dzień w dzień, byłam ja i Arturo, Arturo i ja. I jest mi dokładnie obojętne, że widziałam go dziś prawdopodobnie ostatni raz w życiu. Pa, pa.

Większe emocje niż odjazd Meksykanina wywołał spadek po nim – plastikowe siatki w rękach pełne makaronu instant i środków czystościowych. Trafiła mi się także butelka podłego wina marki Chengdu Red i przewodnik po Chinach. Nieźle. Rzuciłam wszystko na podłogę w przedpokoju i zajmę się tym jutro.

Początkowo Arturo planował zostać w Longquan do stycznia. Rzeczywistość szybko plany zweryfikowała, bo nie mógł znieść małomiasteczkowej atmosfery i braku gejowskich klubów. W sumie mogę go zrozumieć. Postanowił wyjechać stąd, jeśli tylko trafi mu się, a dokładniej sama wlezie w ręce, oferta pracy w ciekawszej okolicy. Sprawy uległy zmianie, gdy podczas wtorkowego lunchu, ni z gruchy ni z pietruchy, Denna dostała szału. Arturo dowiedział się, że uważa się za lepszego od Chińczyków, że nikt go nie lubi w pracy, że jest rasistą, że wiecznie narzeka i Denna absolutnie, ale to absolutnie ma tego dość. Nie wiem dlaczego dostało się właśnie jemu, skoro najwięcej problemów Denna ma z załatwianiem moich spraw – może dla tego, że jestem od Arturo ładniejsza i moje blond włosy troszkę zaburzyły jej ogląd sytuacji. W końcu na porządku dziennym są tu w stosunku do mnie komentarze typu „Och, jesteś bardzo piękna, wielu ludzi musi Cię kochać..!” Arturo też do brzydali nie należy, ale blond włosów nie ma i frustracje Denny spadły na niego. Przelało to widać czarę goryczy, bo spakował się i wyniósł do Chengdu, do ekskluzywnego apartamentu swojego francuskiego kochanka. Podobno w przyszłym tygodniu ma lecieć do Pekinu, jakaś firma zdaje się potrzebować nauczyciela. I dobrze, krzyżyk na drogę, było miło. Serio. Chętnie wypiję z nim kiedyś zimne piwo w Mexico City, jeśli tylko mnie tam poniesie. I jeśli Arturo kiedykolwiek tam wróci, bo z jego deklaracji wynika, że w Chinach już chyba zostanie. Może odpowiada mu sytuacja, w której jest w centrum uwagi tylko dla tego, że nie ma skośnych oczu. A może ma zupełnie inne powody, bo przecież w Chińskich metropoliach mieszkają tysiące białych i nikt na nich nie zwraca uwagi, a zdaje się, że na prowincję Meksykanin już się nie wybiera.

A mi na chińskim zadupiu w sumie całkiem dobrze. Mam swoje mieszkanko, mam mojego najlepszego przyjaciela Hjuleta Pakarda, no i mam za czym tęsknić. Czas w Warszawie wydaje mi się teraz czasem magicznym, znajomi paczką przyjaciół, jak z amerykańskiego serialu. Życie idealne. Dobrze mi się o tym myśli, zwłaszcza, kiedy tutejsza codzienność mnie irytuje. A zdarza się, że irytuje mnie mocno.

Cały problem, jaki miałam po kradzieży (oprócz świadomości, że za skradzioną sumę mogłabym kupić lustrzankę cyfrową) sprawił fakt, że mój paszport został wysłany do agencji wizowej i zostałam bez żadnego dokumentu. Szczęściem miałam skany i na tej podstawie zablokowałam konto w banku i załatwiłam kilka innych spraw. Wszystko było by pięknie, ale bez oryginału dokumentu nie mogłam podjąć pieniędzy. Nie mogłam wymienić także zachowanych na czarną godzinę dolarów, no bo bez paszportu niet, nie lza. Spoko. Żyłam za pożyczone. Już to wprawiało mnie w lekki stan irytacji. Irytacja pogłębiła się i można ją już spokojnie było nazwać niecenzuralnymi słowy, gdy Denna wręczyła mi i Arturo pakiet „rules for foreign teachers”, a w nim informacje, że nie wolno nam opuszczać mieszkań po dwudziestej trzeciej, że nikt nie może zostawać u nas na noc, że to siamto i owamto będzie karane grzywną w wysokości stu juanów, a z kolei inne przewinienia grzywną w wysokości dwustu. Szlag mnie trafił i natychmiast nasmarowałam maila to Pekinu, tłumacząc jak to ja nie chcę, nie mogę i generalnie to możecie się ugryźć. Rekord użycia form negacji w jednym liście został pobity, ale poziom mojej złości nie opadł. Wzrósł natomiast, gdy po prawie trzech tygodniach czekania przyszedł mój paszport, a w nim wiza turystyczna ważna jeden miesiąc. Jak burza wpadłam do gabinetu dyrektorki i zażądałam dostępu do telefonu. Oświadczenia, że jeśli dalej tak pójdzie niedługo zostaną w przedszkolu nie z jednym, ale bez żadnego zagranicznego nauczyciela poskutkowały. Idiotyczne przepisy nagle okazały się nieaktualne, a kwestia wizy oczywiście zostanie rozwiązana jak najszybciej. Przeprosiny troszkę mnie ułagodziły, ale sposób w jaki Chińczycy zabierają się do czegokolwiek hmm, no kolokwialnie mówiąc, rozwala mnie ten sposób. Będąc nieco bardziej rozgarnięta niż ludzie, których zawodem (sic!) jest załatwianie wiz, podałam im adres do państwowego biura bezpieczeństwa w Chengdu, a także prywatnej firmy zajmującej się wizami – obie te instytucje za stosownymi opłatami mogą zaradzić zaistniałemu kryzysowi paszportowemu. Zachwytom nie było końca, jaka mądra, światowa z Ciebie kobieta, Sophie! Z tą wiedzą wszystko szybko załatwimy!

Ludzie, co wy, gugla nie macie?

Ale w sumie, tak, całkiem mi dobrze na chińskim zadupiu. Teraz jak zwykle siedzę sobie w ulubionej herbaciarni i popijam napar z chryzantem. Podobno zdrowy. Kiedy zamówiłam go po raz pierwszy i podniosłam szklankę do ust, zapach w ułamku sekundy przeniósł mnie w okolice Witerbskiej w Dzień Zaduszny, między ludzi tłoczących się przed bramą cmentarną. Muszę powiedzieć, że intensywność doznania była niesamowita. Choć pachnie cmentarnie, to nadal całkiem przyjemnie. Jest mi dobrze. Jest mi spokojnie. Tak naprawdę wszystkie te perypetie z ostatnich dni mało mnie obchodzą i dalej leniuchuję sobie bezkarnie, robię to, na co w Polsce nie ma czasu. Jutro spędzę cały dzień w Blue Ideal – najpierw w siłowni a później na basenie, wypluskam się i wysaunuję. Może wieczorem wykaligrafuję kilka znaków. Obejrzę bzdury na jutjubie, przejdę się na nocny targ.

A teraz muszę kończyć, bo z Polski przyszedł do mnie Twój Styl i mam zamiar zagłębić się w lekturze. W horoskopie wyczytałam już, że „chciałabym wspiąć się w szpilkach na Kilimandżaro”. Tak, to zdecydowanie ja!

Komary nie dają za wygraną, jakieś inne robaczydła wydają miłe dźwięki, przed herbaciarnią kilka osób rozgrywa turniej w badmintona. Miło.


niedziela, 24 sierpnia 2008

Riksza

Riksze w Longquan należą do jednej korporacji, jak wszystko w miasteczku prawdopodobnie do Aerospace Company. Co robi aerospejs, oprócz tego, że posiada wszystko, łącznie z moim przedszkolem, nie wiadomo. Nazwa sugerowała by coś mocno kosmicznego, a że opatrzono to coś klauzulą "ściśle tajne", wolę chyba nie zgłębiać tematu. Tak czy inaczej, riksze też należą do aerospejsu. Wszystkie pomalowane są na żółto, a rikszarze noszą czerwone koszule. Jazda ode mnie na dworzec autobusowy kosztuje cztery juany.
Gdy nie da się znieść upału, riksza daje chwilę wytchnienia. Na wygodnym ocienionym siedzeniu, bezpiecznie schowana przed ciekawskim wzrokiem przechodniów, sama mogę patrzeć na wszystko, bo riksza jedzie dostatecznie wolno żeby dostrzegać szczegóły i dostatecznie szybko, by się nimi nie znudzić. Patrzę na sklepy i na restauracje, na ludzi jedzących ryż i na sprzedawców wędzonego kociego mięsa. Na życie ludzi mieszkających przy tych uliczkach, na które nie chciałabym wybrać się spacerem. Na mężczyzn grających w chińskie szachy, kucając nad planszą rozłożoną na ziemi. Na kobietę zarzynającą kurę, żeby sprzedać ją na targu. Na dzieci grające w piłkę i bawiące się ze szczeniętami.

Kilka dni temu, po całonocnej ulewie i burzy, od gór z zachodu przyszło chłodniejsze powietrze. Rikszarze zaczęli jeździć szybciej, na zakrętach wychylając całe ciało, by nie przewrócić pojazdu. Wczoraj riksza, którą jechał Arturo zderzyła się z dwoma rowerami, była wielka sensacja-atrakcja dla wszystkich w okół. Myślę, że i mnie to nie minie, slalom między straganami, rowerami, pieszymi poruszającymi się bez zastosowania żadnych zasad i pędzącymi autobusami, klaksonem oznajmiającymi, że należy zejść im z drogi, musi często kończyć się stłuczką. Oby z rowerem, a nie z autobusem.




W pracy opowiedziałam Dennie moją sobotnią przygodę na targu He Hua Chi. Spojrzała na mnie dziwnie i zapytała "A co ty tam w ogóle robiłaś?". Okazało się, że choć towary są tam tanie, zakupy nader często przychodzi opłacić bardzo słono. Denna nie wydała się szczególnie zszokowana tym, co mnie spotkało. Dowiedziałam się, że sama straciła portfel z trzema tysiącami juanów, odtwarzacz mp3, okulary słoneczne i ...dużo kosmetyków - puderniczki, drogie szminki, tusz do rzęs. Po prostu w Chinach, co jakiś czas coś znika z twojej torebki i nie pytaj, jak to się stało. Przestałam się czuć, jak ostatnia ofiara losu. Saszetka wraca do łask, a na targ He Hua Chi sama już się nie wybiorę. Nie chcę dać się ponownie okraść, a przyłapać niedoszłego złodzieja też nie mam ochoty. Oczami wyobraźni już widzę tę aferę. Nie, dziękuję.

A teraz idę spać. Godzina drzemki i znów do pracy.

Dobranoc.

sobota, 23 sierpnia 2008

I love China

Sobota. Coś trzeba zrobić z czasem. Wyjść do ludzi, porozmawiać. Umówiłam się z Arturo, że wstaniemy wcześnie i spotkamy się przy osiedlowym mostku, żeby pojechać na poranny targ na odległym krańcu Chengdu. Za pięć siódma Meksykanin zapukał do moich drzwi w piżamie, powiedział, że chce mu się spać i wraca do swojego mieszkania. Trudno, pojadę na targ sama. Riksza, autobus, postój przy bankomacie, kolejny autobus, riksza - dotarłam na miejsce bez przeszkód, z portfelem wypchanym banknotami stujuanowymi, gotowa do zakupów. Targ w pobliżu dworca kolejowego, z podejrzanymi typami kręcącymi się to tu, to tam i wszystkimi innymi atrybutami niesympatycznej dzielnicy nie spodobał mi się od pierwszej chwili. Czujnie trzymałam rękę na suwaku torby, żałując, że zapomniałam z mieszkania saszetki na pieniądze. Szłam niespiesznie wzdłóż straganów, omiatając wzrokiem tony chińskiej tandety i nic nie przykuło mojej uwagi, dopóki nie zobaczyłam krótkich dżinsików opatrzonych wygniecioną kartką z napisem "19 yuanów". Zatrzymałam się, rzuciłam okiem, "na macanego" sprawdziłam jakość dżinsu. Na prawde świetne spodenki! Sięgnęłam do suwaka torby i gdy zobaczyłam, że jest rozpięty, wiedziałam od razu. Kieszonkowiec! Ale nie, nie możliwie, nigdy nie dałam się okraść, przecież jestem na to zbyt czujna. Wsunęłam rękę do torby i im bardziej szukałam, tym bardziej portfela tam nie było. Krzyczeć? Rozejrzałam się w okół, tłum bezustannie przemieszczał się we wszystkich możliwych kierunkach. W takim tłumie nawet ja z moimi blond włosami mogłabym zniknąć w sekundę. Dystans, dystans, dziewczyno! Uśmiechnęłam się kwaśno sama do siebie - czy na prawdę jestem jak Miś o wiadomo jakim Rozumku? Ale ochota do żartobliwej autorefleksji szybko mi minęła. Dokładnie w tej sekundzie, w której zrozumiałam, że jestem w nieznanej sobie części miasta, daleko od Longquan, bez grosza, dokumentów, ani karty kredytowej. Jak teraz zablokować kochaną złotą visę?! To chyba był obiaw paniki, przecież visa została w saszetce, bezpieczna, w mieszkaniu. Dobrze - nie jestem aż tak głupia, jak myślałam. Jestem tylko trochę głupia. Już chciałam wygrzebać z torebki telefon, ale uświadomiłam sobie, że awaryjna kartka z numerami telefonów do pracy, konsulatów i na policję została razem z kartą kredytową w saszetce i równie bezpieczna, co nieprzydatna, leży na mojej półce.
Znalazłam komisariat, złożyłam zeznania. Mój paszport został wysłany do agencji wizowej, nie mogłam go pokazać, odnalazłam więc w internecie skan i podałam funkcjonariuszom numer. Proszę się nie martwić, znajdziemy pani portfel. Jasne. Jeśli tak się stanie, zostanę orędowniczką komunizmu, socjalizmu i wszelkiego innego izmowego reżimu, przysięgam. Niech żyje przewodniczący Mao i te sprawy.

Co zaskakujące, nie mam poczucia niesprawiedliwości, jestem zła tylko na siebie. Pożegnałam się z ulubionym czerwonym portfelem, kartą bankową i okrągłą sumką. Cóż, przynajmniej pokonał mnie profesjonalista, a nie jakiś byle zbir z kranem w ręku. Należy szanować każdego, kto jest dobry w swoim fachu, prawda? Choć nie odmówiła bym użycia kranu na głowie tegoż fachowca.

Człowiek uczy się całe życie. Teraz przynajmniej wiem, że moja obsesja na punkcie trzymania pieniędzy zawsze w bezpiecznym miejscu nie była bezpodstawna. I nie zamierzam już więcej próbować się z niej leczyć.



poniedziałek, 18 sierpnia 2008


[The piano keys are black and white,
But they sound like a million colours in your mind.]


[*]

płk Jerzy Ostrowski
mój Dziadek
zm. 17.08.2008

Nie ma mnie w Polsce, więc nie mogę
inaczej wyrazić , jak bardzo będę tęsknić.
Cieszę się z każdej chwili,
którą spędziłam ze wspaniałym
człowiekiem, jakim był mój Dziadek.
Dziękuję, że byłeś.