niedziela, 17 sierpnia 2008

Samodzielność

Mieszkanie w pojedynkę wiąże się z pewnymi przywilejami. Otóż można bezkarnie zasyfić wszystkie pokoje, można poczekać aż talerze w zlewie zaczną wydzielać dziwny zapach a kupa brudnych ubrań na podłodze w łazience zacznie się ruszać. Można. Tylko że później trzeba to sprzątnąć.

Świadoma kolei rzeczy kupiłam nową butelkę uniwersalnego płynu i jak grzeczna pani domu zaczęłam pucować mieszkanie. Gdy miałam właśnie zabrać się za pranie i wrzucić wszystkie brudy do plastikowej miski, mój wzrok padł na n i ą.
Stała spokojnie w kącie przedpokoju, niezdobyta i dumna. Chińska pralka. Od kiedy wykurzyłam z niej rodzinę żuków, nie miałam z nią żadnych kontaktów. Nadszedł czas to zmienić. Z elektronicznym słownikiem w ręku podeszłam do trzech guzików na obudowie. Każdy opatrzony czterema kolorowymi diodkami, każda diodka podpisem. Gdyby nie diodki - chińska pralka do złudzenia przypomina starą dobrą franię. Ponaciskałam guziczki, wrzuciłam ubrania i spory, odcięty nożem kawałek kostki do prania.

Od kwadransa słucham jak pralka buczy, gulgocze i powarkuje. W mieszkaniu unosi się niepokojący zapach. Gdyby jego nazwa miała widnieć na butelce płynu do płukania, brzmiałaby "Archaiczna Świeżość"...

Mam nadzieje, że gdy pranie się skończy moje ubrania nie będą w gorszym stanie niż przed włożeniem do chińskiej pralki.

Nadzieja matką głupich - tak to się mówi?

sobota, 9 sierpnia 2008

zły dzień

Wstałam późno, rzuciłam okiem na mieszkanie i postanowiłam dziś posprzątać. Pora była akurat lunchowa, więc najpierw zebrałam się na basen, powinien być pusty. Nie był. W wodzie pływały jakieś muszki. Niezbyt usatysfakcjonowana zdecydowałam się zjeść obiad w Dico's i tym sposobem poprawić sobie nastrój. Po drodze zaczęło lać. Nie zrażając się wyjęłam parasol z torebki i w niezłym humorze szłam przed siebie, aż poślizgnęłam się na obłoconym krawężniku, ubrudziłam cały but i skręciłam kostkę. Przestało mi się podobać, ale do Dico's było już blisko, bez sensu brać rikszę. Na miejscu zamiast upragnionych nuggetsów dostałam jakieś niesprecyzowane kawałki kurczaka - niezłe, ale nie to, o co mi chodziło. Okazało się, że ich nazwa różni się od nazwy nuggetsów jednym znakiem. Pogryzając frytki zauważyłam około pięć osób, personel z kuchni, ukradkowo mi się przyglądających. Wszystko bylo dobrze, dopóki nie podeszła do mnie dziewczyna z aparatem fotograficznym i nie zapytała, czy można mi robić zdjęcia. Można... Następne pytanie - czy mam QQ (chinska wersja GG). Nie, nie mam QQ... Uff.
Kiedy wyszłam z Dico's nadal lał deszcz. Pierwszy zagadnięty rikszarz nie wiedział, gdzie jest ulica, na której mieszkam. Drugi wiedział, ale zażądał pięciu yuanów. Wydawało mi się, że zgodziliśmy się w końcu na cztery, ale przy wysiadaniu okazało się, że jednak byłam w błędzie.

Nie mam zamiaru już dziś sprzątać. Teraz uratować mnie może tylko piwo i Aileen Chang. Wieczorem zjem makaron na najbliższym straganie i możliwie szybko wrócę do mieszkania. Po co kusić licho..

piątek, 8 sierpnia 2008

zdjęcia bardzo zwykłe

moja kuchnia



mój chiński but na treningi


"chleba naszego powszedniego..." ...ee, nie pasuje?
mój lunch: kleik ryżowy z dynią i marchewką, knedliczek z mięsem, wędzone tofu siekane z papryką, zielona herbata


ten neon oznacza, że pod nim dają herbatę - z dużym prawdopodobieństwem po 5 yunanów

加油!!!

Uzbrojona w piwo i krakersy zasiadłam wczoraj przed telewizorem, aby obejrzeć otwarcie Olimpiady. Chińczycy przeszli samych siebie, żeby pokazać, jak radosna i pokojowa w wyrazie jest to impreza, a jednocześnie nie dać nikomu zapomnieć, że są wielkimi, bogatymi, silnymi Chinami. Miks wypadł pomyślnie, choć okulary jednego z dostojnych panów polityków w niepokojący sposób przypominały okulary generała Jaruzelskiego. Zaczęłam się zastanawiać i grzebać w pamięci, żeby znaleźć w głowie jakąś ludową rewolucję, która nie pociągnęła za sobą katastrofy w świecie mody. Nie udało mi się. Najwyraźniej w kapitalistycznych państwach ludzie zmuszani są do podążania za trendami i tylko w wolnych państwach należących do ludu można swobodnie być niemodnym. A może te okalary to element misternie przygotowanego PR, którego nie udało mi się przejrzeć?


Tak czy inaczej, kilku pragnących swobody oszołomów w różowych piżamach nie przeszkodzi Chińczykom w perfekcyjnym poprowadzeniu tej imprezy, jak trzeźwo zauważył jeden z moich ulubionych znajomych.


Let The Games Begin!

* 加油 [jiayou] czyli po naszemu: DAAAAJEEEESZ!!!!

czwartek, 7 sierpnia 2008

Wydawało mi się, że wyjechać na pół roku - to tylko chwila, że nie zdążę poczuć się, jakbym m i e s z k a ł a w Chinach. Po raz kolejny pomyliłam się. Kilka tygodni spędzonych w "moim" mieszkaniu, codzienna rutyna w pracy, te same twarze w sklepie na rogu, znajomy dozorca, karta na basen, ulubione miejsce, gdzie kupuję smażony ryż i kolejne, gdzie zawsze jem makaron na zimno - to wszystko sprawiło, że zadomowiłam się tu trochę i czuję się jakby u siebie.
Przeprowadzić się do Chin, to jak Discovery Channel dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie ma dnia, w którym coś by mnie nie zaskoczyło - może poczułabym się zaskoczona, gdyby wszystko było normalnie, w moim europejskim tego słowa znaczenia.
Jedną z rzeczy, którą kocham w podróżowaniu najbardziej, jest jedzenie. Zapach przypraw, nowe smaki i kolory, których mimo wszechobecnej globalizacji nie można doświadczyć w Polsce. Preferencje kulinarne - to chyba coś, co zmienia się najwolniej, głęboko zakorzenione w mentalności, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Chińczycy nie lubią pizzy, a w kotlet w hamburgerze smakuje tymi samymi przyprawami, co kurczak na straganie.
Specjalnością regionu jest chongqing huoguo, popularnie nazywany przez cudzoziemców hotpotem. Czekałam z degustacją długo, chciałam przyzwyczaić się trochę do tutejszej kuchni, żeby nie zaskoczona zbytnio odmiennością dania, móc je w pełni docenić. Denna wraz z mężem zaprosili mnie wczoraj do restauracji i pomknęliśmy rikszą w kierunku ich ulubionego lokalu.
W środku stołu wycięta jest jakby dziura, w którą wstawia się kociołek z czarnym od przypraw, bulgocącym sosem. Butla gazowa pod kociołkiem zapewnia odpowiednią temperaturę. Na specjalnym kilkupoziomowym stoliczku przyjeżdżają talerze z surowymi warzywami, mięsem, owocami morza - wszystko pokrojone w cienkie paseczki lub plasterki. Trzeba tylko wrzucić to do kociołka i poczekać, aż ugotuje się w wywarze. Później rozpoczyna się łowienie smakołyków pałeczkami, maczanie ich w stojącym przed każdym gościem specjalnym oleju i degustacja. I... wszystko jest pyszne, ale tak ostre, że trzy butelki chińskiego piwa ledwo starczają, żeby ugasić pragnienie. Większość kobiet popija hot pot mlekiem sojowym - nie pijają piwa, bo zbyt szybko uderza im do głowy, a mleko sojowe podobno chroni żołądek, jednak mi myśl o mieszaniu jagnięciny na ostro z mdłym, słodkawym mlekiem nie przypadła do gustu.


Po raz kolejny spotkanie z tradycyjną kuchnią syczuańską wypadło pomyślnie! Hot pot jest rzeczywiście niezły, ale nie wspominam go z takim rozrzewnieniem, jak kruszonego lodu z orzeszkami ziemnymi i pysznym złotym syropem, albo kolby słodkiej kukurydzy pieczonej na rozżarzonych węglach. Dziś wieczorem wybiorę się poszukać moich ulubionych smakołyków, które niestety migrują i nigdy następnego dnia nie zastaję ich tam, gdzie dnia poprzedniego.

sobota, 2 sierpnia 2008

Oparłam się setkom sukienek. Nie zmogły mnie tysiące par butów. Pokonały mnie sklep z suplementami i księgarnia. Wróciłam do mieszkania z trzema fiolkami "witaminek" i torbą pełną książek. Jeśli Japończycy za najpiękniejsze uważają rzeczy ulotne, to pieniądze, a zwłaszcza moje pieniądze, powinny mieć dla nich ogromną wartość estetyczną.


eleganckie:
Chinka ubrana w jedwabną małą czarną, na wysokich szpilkach, z czarnymi włosami upiętymi w prosty kok na czubku głowy

cool:
śliczna dziewczyna wyglądająca, jak chłopak

odpychające:
chłopak wyglądający, jak niekoniecznie śliczna dziewczyna

tandetne:
Chinka ubrana w różowe koronki, z plastikowymi brylancikami wpiętymi w utlenione włosy i gumowymi japonkami na niezadbanych stopach

wzorowanie się na stylu Sei Shounagon





piątek, 1 sierpnia 2008

Chengdu bywa takie...



...ale częściej bywa takie.






The Bookworm. Love in a Fallen City. Shanghai czeka, baby.




______________________________________________________


Sobota, dziesiąta rano. Wstałam z ambitnym planem dotarcia do anglojęzycznej księgarni, apteki i drogerii. Gdy tylko posprawdzam w słownikach nazwy tego, co chcę kupić, ruszam rikszą na dworzec autobusowy. Mam też nadzieje w powrotną stronę zdążyć na autobus i nie wydawać siedemdziesięciu yuanów na taksówkę. Może jednak powinnam wstać wcześniej?

Parę dni temu spotkałam na siłowni (tak, na siłowni właśnie, tam, gdzie z a w s z e jestem kompletnie sama) bardzo sympatyczną dziewczynę, której angielski pozwala nam na nadrobienie braków mojego chińskiego. Christina jest, jak na Chinkę, bardzo nietypowa - mówi po angielsku, lubi ćwiczyć, nie popiskuje jak dwunastolatka. I pije piwo! Po wspólnym treningu poszłyśmy więc napełnić nasze skatowane brzuszki boskim trunkiem i z radością stwierdziłam, że nowa znajomość bardzo mi się podoba.

W pracy wszytko idzie dobrze, oprócz tego, że znów zapomniałam, że w piątki zaczynam wcześniej. Z ciekawostek - kiedy skończyłam wczoraj ostatnie zajęcia i spokojnie czekałam na obiad, zobaczyłam nauczycielki wyprowadzające dzieci na podwórko. Nie podejrzewając niczego zaczęłam wygłupiać się z moimi ulubionymi uczniami i kiedy oparłam się o balustradę na pierwszym piętrze, poczułam dziwne drżenie. W tym samym momencie twarz stojącej obok nauczycielki jakby skurczyła się i popędziła krzykiem wszystkie dzieciaki. Nauczyciel fortepianu spojrzał na mnie i powiedział "trzęsienie ziemi". Jakoś się nie przeraziłam, ale nie było mnie tu dwunastego maja i pewnie po prostu nie wiem, czego powinnam się bać.