czwartek, 29 stycznia 2009

:)


Powoli żegnam się z Chinami. Ostatnia (?) porcja zdjęć wstawiona z lotniska w Pekinie.








środa, 28 stycznia 2009

Dżu ni Czun Dzie kłajle!!!!! xD *

Z przytulnego hostelu przeniosłam się do mieszkania Arturo. Niewątpliwą wadą mieszkania jest prawie kompletny brak okien, niewątpliwą zaletą – sprawne ogrzewanie i bojler. Obecność Arturo też należy do zalet. Bilans wypada na plus. Mieszkanie, ze swoimi kiedyś białymi ścianami, brakiem mebli i wykafelkowaną podłogą, przypomina mi moje pierwsze chińskie lokum - w Pingu. Pierwszej nocy u Arturo, mogłam wywołać w sobie żywe wspomnienie tych samych uczuć, w których towarzystwie zasypiałam pierwszej nocy w Pingu. Byłam wtedy troszkę samotna. Byłam bardzo daleko od wszystkiego, co znałam. Teraz, nie dość, że Chiny przestały być końcem świata i czuje się tu zupełnie normalnie, zupełnie u siebie, to jeszcze od Warszawy dzielą mnie dwie tylko dwie doby. Do momentu, w którym w piątek wysiądę z samolotu na Okęciu, wszystko wydaje się idealnie przewidywalne, wszystko jest odwrotnością tego, co było pół roku temu. Pół roku temu, gdy czekałam na samolot do Chin, przede mną była niewiadoma. W sumie, prawdopodobnie wcale nie większa, niż gdybym cały ten czas spędziła w Warszawie, ale na pewno bardziej jaskrawa. Tak jaskrawa, że niepewność i strach, które dopadły mnie pierwszej nocy w Pingu, byłam w stanie przywołać przedwczorajszego wieczora. Pamiętam upał, pamiętam burzę, pamiętam awarię elektryczności. I te owady. Przedmieścia Pekinu latem.

A teraz Pekin wczesną wiosną. W rozumieniu Chińczyków lunarny Nowy Rok, to początek wiosny. I rzeczywiście, od wczoraj jest o dziesięć stopni cieplej i zimno nie kąsa już wściekle w każdą odsłoniętą część ciała. Byłam nawet w stanie wyprawić się z całym narodem chińskim, który w wakacje postanowił zwiedzać, na spacer po Wielkim Murze. W ostatnim czasie odhaczyłam sporo dziecięcych marzeń, robiąć miejsce na nowe... Teraz, w miejsce marzenia o zobaczeniu Wielkiego Muru, wstawiłam marzenie, żeby przejść jakieś sto kilometrów wzdłuż jego najdzikszych fragmentów. Z dala od całego narodu, który zwiedza w wakacje.

Rok Wołu rozpoczęłam hucznie. Wyrównałam tymsamym bilans po „naszym” Nowym Roku, kiedy to spacerowałam po plaży z butelką rumu w ręku.

Arturo surowo nakazał imprezę, wzięliśmy więc taksówkę do Beihai, gdzie spotkaliśmy się z trzema grupami zagranicznych nauczycieli. Tymi, co wyjeżdżali z Chin, tymi, co mieli jeszcze zostać, i z tymi, co dopiero przyjechali. Wszyscy wydali mi się nadludzko ogromni, co potwierdziło moje smutne przypuszczenia, że nie urosłam, tylko Azjaci są malutcy.

Później były fajerwerki i dużo drinków. A później Arturo stwierdził, że jesteśmy starzy. Odwróciłam się w moim fotelu i zapytałam chłopaka, który siedział najbliżej, ile ma lat. Zupełnie zaskoczony, powiedział, że dziewiętnaście. To samo pytanie skierowałam do jego znajomka i tym razem odpowiedź była jeszcze gorsza. Osiemnaście. Arturo miał rację. Cholera.

Chyba powinnam przestać bawić się w jeżdzenie pociągiem po Chinach i zająć się czymś poważnym. Problem w tym, że zupełnie, ale to zupełnie nie mam na to ochoty. Najbliższe pół roku, uniwersyteckie pół roku, będzie w pewien sposób poważne. Mam nadzieje, że na wiele innych sposobów będzie też zupełnie nie poważne. A później, a później to się zobaczy.

Może dobrze było by zająć się jeżdżeniem pociągami po Japonii?

Zobaczy się później.


*祝你春节快乐! Zhu ni Chun Jie kuaile! Szczęśliwego Festiwalu Wiosny!


czwartek, 22 stycznia 2009

Zakazane Miasto

Ze mną chyba nie wszystko jest w porządku. Miesiąc na Filipinach, a ani razu nie obudziłam się z taką werwą i energią, jak dziś, w mroźny poranek, gdy temperatura spadła do minus piętnastu, a wiatr wpycha oddech z powrotem głęboko do płuc. Piękny dzień! Ani jednej chmury. Ubrałam się we wszystko, co posiadam, zawinęłam na wierzch wełnianym szalem i z aparatem fotograficznym niemal pobiegłam do bram Zakazanego Miasta. Udało mi się kupić bilet studencki, tłumacząc, że studiuję na Uniwersytecie Syczuańskim i tym sposobem zaoszczędziłam trzydzieści yuanów na kalendarzyk ze sklepu z pamiątkami. Pełnia szczęścia.
Cóż mogę powiedzieć. Zakazane Miasto, rezydencja czternastu chińskich cesarzy, robi wrażenie. Jest ogromne, niesamowite, zapierające dech w piersiach. Nierealne. Ale jedyne, o czym mogłam dziś myśleć, spacerując po placach i alejach, to jak bardzo musiały tu marznąć cesarskie tyłki. A musiały marznąć tęgo, zwłaszcza w takie dni, jak dziś. Ostatnie dni lunarnej zimy, tuż przed Festiwalem Wiosny. Właśnie w takie dni w pałacu cesarskim panować musiał zgiełk, gorączkowe przygotowania do obchodów Nowego Roku. Trudno sobie to wyobrazić, gdy jedynym, co pozostało po Dworze, są budynki. Zimne ściany i chodniki. Zakazane Miasto jest pięknym trofeum w zbiorach Chińskiej Republiki Ludowej. Jak każde trofeum, jest totalnie i nieodwracalnie martwe.










Chciałam dodać, że zrobienie tych kilku zdjęć kosztowało mnie doprowadzenie palców do stanu, w którym nie mogłam już przycisnąć spustu aparatu xD


Pekin Pekin Pekin Pekin!!!!

Napisałam kiedyś, że wystarczy wsiąść w samolot do Pekinu, żeby po dziesięciu godzinach lotu przespacerować się po placu Tiananmen. W moim wypadku sprawa okazała się trochę bardziej skomlikowana, bo nie tylko wsiadłam w samolot do Pekinu, ale i przejechałam pociągami całe Chiny z północy na południe i z powrotem. Cztery razy wsiadałam w samolot w Azji, zdążyłam nawet nauczyć się kilku chińskich słów, a na placu Tiananmen nie byłam.

Wysiadłam dziś z pociągu i, gdy tylko pozbyłam się plecaka, skierowałam swoje kroki właśnie tam, na plac Tiananmen. Pekin jest zamarznięty na kość. Ja też szybko zamarzłam. Temperatura odczuwalna: minus dziewiętnaście stopni Celsjusza. Wyjęcie aparatu fotograficznego grozi poważnymi odmrożeniami, zwłaszcza komuś, kto ostatni miesiąc spędził na Filipinach. Ledwo dotrzęsłam się pod portret Mao, po drodze zaliczając smażony ryż z jajkiem, ledwo zdążyłam wyciągnąć aparat, a dziesięciu w równych rządkach biegnących żołnierzy przegoniło mnie i okutaną w różowy szalik Chinkę. „Nie wolno” - tyle usłyszałam i zmuszona byłam wrócić do hostelu. Jest po prostu za zimno, żeby usiłować dowiedzieć się o co chodzi. Jeśli zamarza wyświetlacz telefonu, znaczy, że jest zdecydowanie za zimno.

Jutro mam spotkać się z Arturo. Nie wyobrażam sobie zwiedzania Pekinu w ten ziąb, może uda mi się pożyczyć od niego więcej ubrań?

A teraz siedzę sobie w ciepłym salonie Peking Youth Hostel i błogosławię herbatę imbirową. Choć dłonie nadal mam zgrabiałe.

środa, 10 grudnia 2008

tak kazdego dnia rozbudowuje sie Hong Kong

a nowosci ode mnie na http://www.kawairum.blogspot.com/

na razie chinom mowie ZAIJIAN, do widzenia

niedziela, 7 grudnia 2008

HK tuż przed Świętami Bożego Narodzenia 2008

Wczoraj rano trzy brzydkie Walijki zawinęły się na lotnisko i poleciały na Bali. Do pokoju dokwaterowano mi flegmatyczną Amerykankę, Szwajcara i Łotysza. Amerykanka ratuje w moich oczach honor swoich pobratymców, bo zdaje się mieć całkiem niezłe pojęcie o świecie. Kiedy powiedziałam, że jestem z Polski, zapytała mnie, jak oceniam wizytę Dalajlamy w Gdańsku, z okazji dwudziestej rocznicy obalenia Muru Berlińskiego. Poczułam się głupia. No bo co, no miło, że przyjechał. Polubiłam od razu Amerykankę. Szwajcar jest człowiekiem wyjątkowo nijakim i mimo ze widziałam go rano, nie rozpoznałabym go na ulicy, Łotysz za to zdaje się sympatyczny i po trzech wypowiedzianych przez niego słowach wiedziałam, że pochodzi z Europy Wschodniej. Posądziłam go nawet o bycie Polakiem. (Czy przypadkiem wszyscy nie upierają się, że Polska leży w Europie Centralnej? To kwalifikowało by Rosję, jako Europę...)
Przedwczoraj popłynęłam promem na wyspę Lantau, obfotografowałam wielkiego Buddę z brązu i rybacką wioskę. Na najlepszy widok - czerwone słońce zachodzące za domami na palach - rozładowała mi się bateria. Wczoraj wjechałam tramwajem, pnącym się pod kątem czterdziestu pięciu stopni, na The Peak, czyli punkt widokowy, z którego roztacza się piękna panorama na miasto. Więcej atrakcji w Hong Kongu postanowiłam nie odhaczać. Chcę zostawić sobie coś na następną wizytę w tym mieście, bowiem city life smakuje zdecydowanie lepiej w dobrym towarzystwie. Sama wolę posiedzieć w kawiarni, czytając książkę.
Zdaje się, że uda mi się jutro przed wylotem do Manili kupić bilet lotniczy z Shenzhen do Pekinu, co oszczędziło by mi tłuczenia się z bagażami pociągiem ( tak, nadal kocham pociągi, ale noszenie plecaka plus torby komputerowej jest mało sympatyczne.. Zważywszy też na to, że w Chinach przedsprzedaży biletów nie ma wcześniej niż trzy dni przed odjazdem, a kiedy przyjadę tuż przed lunarnym nowym rokiem do Guangzhou wszystkie miejscówki będą już wykupione.)
Jutro wieczorem będę już w Manili, ale pewnie pierwszym, co zrobię, będzie położenie się do łóżka. Następne posty pojawią się pod adresem Kawa i Rum.
Za chwilę wsiadam w metro, żeby zostawić komputer u Chiu. Mam nadzieję, że nie wyniknie z tego nic niesympatycznego, ale babka wydaję się w porządku, polecona mi przez dobrą znajomą.
Życzcie mi dobrej podróży. A ja życzę wszystkim Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! Przecież już po Mikołajkach. Brakuje mi tu kolęd i zimowej atmosfery, brakuje mi Przyjaciół i Rodziny. Dlatego wysyłam tym bardziej serdeczne życzenia zdrowia, radosnych chwil przy wspólnym stole i oby świąteczna życzliwość została z Wami na cały Nowy Rok! Buziaki, kochani!

sobota, 6 grudnia 2008

czwartek, 4 grudnia 2008

Wyspa Hong Kon, Central, Wan Chai, The Peak


Mój ulubiony budynek, Lippo Center. Część na dole, z nieregularnymi ogromnymi kolumnami jest nieziemska.

Poproszono mnie o detal




Sweet Christmas


Wiem, że linia horyzontu jest potwornie krzywo, to efekt braku statywu i używania kosza na śmieci w zastępstwie. Naprawi się później^^
I jeszcze prom:)

wtorek, 2 grudnia 2008

sen o przepychu

Hongkong przypomina mi Hiszpanię. Pogoda, roślinność, nawet niskie domki na przedmieściu z tarasami na dachach, wszystko to przywodzi na myśl Katalonię. A jednak jest w krajobrazie, w każdym drzewie i każdej latarni przed domem coś nieodparcie orientalnego.
Po kantońsku Hongkong, po mandaryńsku Xianggao, to miasto, które urzekło mnie od pierwszej chwili, od momentu, w którym wysiadłam z metra na stacji East Tsim Sha Tsui. Ludzie są tu inni niż w Chinach kontynentalnych, tak jak inni są mieszkańcy Europy Zachodniej od Wschodniej. Po pierwsze rozpieszcza ich morski klimtat, błękit nieba i słona bryza. Po drugie, dobrobyt. Hongkong pełen jest absurdalnie eleganckich kobiet i mężczyzn w niezobowiązujących ubraniach, jakby właśnie zdążali na partyjkę golfa. Może czterdzieści procent ludności spotykanej na ulicach stanowią Chińczycy. Reszta to mieszanina wszelkich ras i narodowości. Żeby dotrzeć do biznesowego centrum na Wan Chai trzeba wejść na pokład promu, który kursuje od roku 1989. Do futurystycznej wyspy lśniących w słońcu szkalnych domów płynie się więc parowozem, dostojnie kołyszącym się na zielono błękitnych falach. Podróż trwa mniej niż dziesięć minut, a chciało by się, żeby trwała wieczność. Zazdroszczę kobietom w kostiumach Chanel i biznesmenom w nienagannych koszulach, co rano przeklinającym stary prom, śpiesząc się do pracy.
Na Wan Chai znalazłam biuro wizowe i złożyłam paszport, żeby w piątek odebrać go z wklejoną nową chińską wizą. Nikt o nic nie pytał, nikogo nic nie interesoło. Tu wypełnić, tu podpis i jeszcze tylko zdjęcie. No i opłata, ale to przy odbiorze.
Zgodnie z planem, zakwaterowałam się w Chunking Mansions przy Nathan Road. W sąsiedztwie stoją hotele Imperial i Sheraton, a po wyjściu z budynku widąć ogromne sklepy Burberry, Prada, Fendi. Jest nawet Tiffany's, gdyby kogoś dopadła ochota na śniadanie. Choć nie sądzę, żeby wygrawerowali mi litery na pierścionku z paczki krakersów.
Chunking Mansions zostało ukryte, zabudowane, zepchnięte w głąb ulicy. Z zewnątrz widać tylko bramę, prowadzącą do pasażu handlowego pełnego kantorów i lombardów. Bardzo tanio można kupić piękne qipao, oczywiście ze sztucznego jedwiabiu, więc nie popełnie występku przeciw własnym ideałom i nie skuszę się niską ceną. Pasażem wędruje kolorowy tłum, dumne afrykańskie kobiety w powłuczystych szatach i turbanach na głowie, muzułmanie w dżelabach, wysokie Brytyjki w poszarpanych spodniach i z agrafką w nosie. Pakistańczycy stojący pod ścianami (nie bardzo wiadomo, o co im chodzi, prawdopodobnie szukają kogoś, kogo dało by się na coś naciągnąć) . Hinduski w sari i z henną na stopach. Japończycy w luźnych dżinsach, wełnianych czapach i z gitarami w pokrowcach przerzuconych niedbale przez plecy. Całe to dziwne towarzystwo, wszyscy oni, jak i ja, mieszkają w Chunking Mansions. W Chunking Mansions nikt nigoko nie pyta o nazwisko, tylko o pieniądze. Jest wystarczająca kwota na opłacenie noclegu, jest i nocleg.
Mieszkam na trzecim piętrze, w hostelu Tai Wan, prowadzonym przez bezczelnego Chińczyka, mającego się chyba za poważengo biznesmena i rzucającego zdaniami w stylu „marnują moją elektryczność!”, gdy ktoś nie zgasi światła. Za łóżko w dormitorium płacę osiemdziesiąt pięć dolarów hongkońskich, pewnie znalazłabym coś tańszego, choć i ta cena jest bardzo niska. Warunki korelują z ceną, pokój wielkości wychodka mieści dwa piętrowe łóżka, każde długości mniej więcej metra pięćdzieciu. Okna nie ma, jest za to łazienka. Zamek w drzwiach psuje się notorycznie, nie można się dostać do pokoju. Wolę to, niż pokój z którego zrezygnowałam, którego z kolei nie dało się zamknąć. Poza tym nie chciałam szukać pokoi wyżej, bo Chunking Mansions cieszy się sławą pułapki, z której w razie pożaru nie ma ucieczki. Śpiąc na czternastym piętrze czułabym się z tą wiedzą nieswojo.
Moje współlokarorki to trzy niesamowicie brzydkie Walijki, od kilku miesięcy wciąż w podrózy. Wszystkie mniej więcej w moim wieku, kupiły bilety samolotowe dookoła świata z siedmioma przesiadkami. O ile pamiętam, na ich trasie na razie był Bangkok, skąd lądem udały się do Singapuru, a tam wsiadły w samolot do Kuala Lumpur. Z Kuala Lumpur przyleciały do Hongkongu. Następnym ich celem jest Bali, później Australia, gdzie chcą się zatrzymać na trzy miesiące i wrócić na Wyspy Brytyjskie.
Brzydkie, acz sympatyczne Walijki zdołały mnie już wyciągnąć do irlandzkiego pubu tuż obok i za pintę Guinessa zapłaciłam tyle samo, ile płaci się w Warszawie. To było by chyba na tyle jeśli chodzi o luksusy w Hongkongu, bo miasto do tanich nie należy. Ale nie szpilki ze strusiowej skóry ani jadeitowe naszyjniki kuszą mnie najbardziej, ale koreańskie, japońskie i tajskie bary, przed którymi, w letnich ogródkach, stadka biznesmenów i wypielęgnowanych dam, dystyngowanie, ale ze swobodą właściwą ludziom, którzy nie martwią się o rachunek, spożywają posiłki. I kuszą mnie też kawiarnie, zapach mielonych ziaren zdaje się w sposób fizyczny ciągnąć mnie ku wnętrzom zastawionym przytulnymi kanapami, gdzie w spokoju można poczytać gazetę. I gdzie na pewno jest bezprzewodowy internet, za który nie trzeba dotaktowo płacić i można go mieć na swoim komputerze, nie jak w kawiarence internetowej w Chunking, która zresztą zbyt tania też nie jest.
Dziś zjadłam obiad w relatywnie tanim McDonaldzie i buła z tekturowym kotletem sprawiła mi ogromną przyjemność, po pół roku żywienia się syczuańskimi dziwnościami. Jutro gorzko zapłacę za dzisiejszego Guinessa i pożywię się makaronem instant z Seven/Eleven, ale pojutrze za to, wybiorę się w poszukiwaniu tradycyjnej azjatyckiej kuchni, rybnych pyszności, które gdzieś muszą kryć się w dole, pomiędzy onieśmielającymi wierzowcami. Mam nadzieję, że będzie tanio. Muszę też znaleźć jakieś sensowniejsze miejsce kupowania wody, niż w pasażu Chunking Mansions, bo nie możliwe chyba, żeby litrowa butelka musiała kosztować pięć dolarów.
Przyszedł też czas, w którym trzeba zastanowić się, co zrobić z rzeczmi rozrzuconymi po moim maleńkim materacu dwa metry nad ziemią, bo chciałabym się zdrzemnąć. Mam nadzieję, że nie obudzi mnie nagłe spotkanie z podłogą, bowiem nie ma żadnej barierki mającej dać poczucie komfortu. Dobrze, że dwie ostatnie noce spędziłam na pryczy w pociągu, może dzięki temu nie spadnę z łóżka i dziś.

poniedziałek, 1 grudnia 2008

i tak uwielbiam pociagi (tu znow nie ma polskich liter!!)

Wszystko wczoraj poszło dobrze. Riksza na dworzec, autobus, z którego wysiadłam na przystanku Kehua Lu, spacer do Bookworma. Spacer mało przyjemny, bo na prawdę wbrew moim założeniom plecak jest potwornie ciężki. Szczęście, że u Chiu zostawie komputer i kupioną w Zhu Hai figurę roześmianego buddy. Jeśli nie uda mi się wcisnąć jej paczki z ciepłymi ubraniami, zostawie je w hostelu w Manilii, licząc, że w powrotną stronę będę miała co zabrać.
W Bookwormie kupiłam powieść ... i zdecydowałam się złapać taksówkę. Za kurs na dworzec zapłaciłam 20 yuanów. W hali głównej Dworca Północnego duża elektroniczna tablica informuje, w której poczekalni należy oczekiwać na dany pociąg. Informuje oczywiście tylko i wyłącznie w znakach i na prawde nie wyobrażam sobie, jak w takich warunkach ma sobie poradzić osoba, która znaków nie czyta. Udałam się do poczekalni numer 3 i moim oczom ukazał się widok jakże podobny do tego, który zszokował mnie blisko pół roku temu na dworcu w Pekinie. Masa ludzka skłębiona na brudnej podłodze.
Z poczekalni na peron prowadzi sześć bramek, stażnicy przepuszczają przez nie pchających się ludzi ściśle zgodnie z rozkładem jazdy. Znalazłam swoją bramkę i mimo że do odjazdu miałam jeszcze trzy godziny, postanowiłam okupować miejsce, jak najbliżej przejścia. W takich sytuacjach, patrząc na odbijające się w systawie kiosku własne odbicie, zaskakuje mnie, że moja twarz nie jest płaska, nos szeroki, a powieki skośne. To na prawdę zupełnie niespodziewane, że nie jestem Azjatką.
Czas wlókł się niemiłosiernie, a na domiar złego otaczała mnie woń niemytych ciał. Wszędzie wokoło siedzieli wieśniacy, w butach uwalanych błotem, marynarkach odziedziczonych po ojcach, a może dziadach. Siedzieli na workach ze swoim dobytkiem i płodami rolnymi, wielkimi, jakby niedbale wyciosanymi w drewnie rękami skubali słoneczniki. Wkładali je do ust, ruchliwe wargi chwytały pestkę, żeby po chwili wyrzucić łupinki i splunąć nimi na podłogę. Czasem kawałek łupiny przyklejał się im do brody. Ogromna dłoń wędrowała w górę i niezgrabnym ruchem wycierała twarz. Gdy skończyły im się słoneczniki, zaczęli palić. Każda czynność zdawała się pochłaniać całe ich jestestwo, jakby podpalanie papierosa wymagało ogromnej uwagi. Czasem tylko ich małe, głęboko w ciemnych twarzach osadzone oczy, podążały za przepychającym się przez tłum dzieckiem, albo nerwowo zwracały się w stronę, z której dobiegał jakiś zaskakujący dźwięk. Cali byli zakurzeni, fragmenty ciała widoczne spod ubrania szare, pokryte wielodniowym brudem. Gdy akurat nie palili, zdrapywali ów brud, a później z wielką atencją starali się wydłubać zza paznokci.
Na ławce tuż obok przycupnął mężczyzna lat około pięćdziesięciu. Jego dłonie miały długie, smukłe palce, zakończone opiłowanymi paznokciami. Bardzo starał się ograniczyć kontakt fizyczny z brudnym otoczeniem, ze śmierdzącymi ludźmi koczującymi wprost przed nim. Obdarzał ich spojrzeniem, w którym nie było cienia niechęci, a jednak odsuwał złożone razem kolana, jak najdalej od nich i tym sposobem zyskiwał może centymetr odsępu.
Do odjazdu pociągu pozostały jeszcze dwie godziny i nazwałam go w myślach Doktorem. Delikatna skóra, spokojny wzrok, zciągnięte w dół kąciki ust, wszystko to kwalifikowało go jako pracownika naukowego, lekarza, może publicystę. Nienahalnie przyglądaliśmy się sobie. W pewnym momencie nachylił się lekko w moją stronę, każdy jego ruch pełen eleganckiej skromności. Spytał mnie głosem bardzo cichym, nie pasującym do jazgotliwej hali, czy jadę do Guangzhou. Skinęłam głową i porównaliśmy nasze bilety, okazało się, że rozlokowani jesteśmy na przeciwległych końcach pociągu.
Gdy przyszedł czas otwierania bramki na peron, Doktor pomógł mi założyć plecak. Chłopi zaczęli pokrzykiwać mocnymi głosami „Zou, aa! Zou!” i pchać się, jakby mogło zabraknąć dla nich miejsca w pociągu. Warknęłam „wolniej trochę!”, bo czułam, że tracę równowagę. Doktor z determinacją wymalowaną na twarzy, zagrodził drogę do bramki i poprosił mnie przodem. Musiało to być dla niego duże poświęcenie, bo chłop z wełnianą czapą nasuniętą na czubek brudnej głowy bezpretensjonalnie naparł na niego i o zachowaniu jakiegokolwiek dystansu nie było już mowy. Oto rycerskość. Na peronie Doktor poinstruował mnie, w którą stronę powinnam się udać i sam poszedł w przeciwną. Zaaferowana kwestią wsiadania do pociągu, zapomniałam języka w gębie i odpowiedniego podziękowania.
W boksie naprzeciw mnie ma miejscie notorycznie wymiotująca kobieta, nad nią śpi jej mąż, na samej górze dwunastoletnia córka. Nade mną nie ma nikogo, przynajmniej jak do tej pory. Od czternastu godzin słucham miarowego stukania kół. Po śmierdzących towarzyszach z poczekalni nie ma ani śladu, widocznie rozlokowani są w jakiś tańszych wagonach, bez łóżek. W moim wagonie, tak samo jak podczas podróży z Pekinu do Chengdu, ludzie są zupełnie normalni, o ile nazwanie tego w ten sposób jest właściwe.
Podczas gdy polski pociąg to impreza na kółkach, picie piwa, śpiewy i radosne przepychanie, chiński pociąg zapada w sen. Albo przynajmniej w letarg, bo szczytem aktywności jest słuchanie muzyki z głośnika komórki. Kobiety robią na drutach i rozdzielają dzieciom owoce, mężczyźni kontemplują jedna za drugą miski makaronu instant. Mąż kobiety naprzeciwko mnie zajęty był użyczaniem jej kolana, o które opierała się, żeby bez cienia skrępowania wymiotować do kolejnych torebek plastikowych. W pewnym momencie chciałam jej już powiedzieć, żeby na przyszłość nie żarła tyle przed podróżą. Jej wnętrzności zdawały się kryć strawione jedzenie, którym można by było nakarmić afrykańską wioskę. Przed strawieniem oczywiście.
Trasa pociągu wije się między wysokimi pagórkami, co jakiś czas ginie w tunelu. Z godziny na godzinę robi się cieplej, a drzewa za oknem przybierają coraz bardziej egzotyczne kształty. Chwilę temu mijaliśmy tarasy ryżowe, pięknie położone na zboczach gór. Nie wiem, czy ziemię pod ryż trzeba orać, jeśli nie, uprawiają tu także inne rośliny, bo widziałam mężczyznę z pługiem, zaprzężonym w muła. Jak wygladą życie tam, gdzie nie dociera kolej? Parę tygodni temu Denna mówiła mi, że w górach nadal liczne są wioski, których mieszkańcy nie mają pojęcia o istnieniu świata zewnętrznego. Może antropolodzy, zamiast rozkładać ze smutkiem ręce, powinni wybrać się na wycieczkę po Chinach? Zresztą, czy na prawdę, jako obiekt badań potrzebne im amazońskie społeczności izolowane, czy nie wystarczyła by im moja grupka chłopów z dworca w Chengdu? Może udzielili by mi odpowiedzi na pytanie, na ile ja i oni jesteśmy tacy sami. Czy tylko moja duma każe mi sądzić, że jestem zdolna do wyższych uczuć niż oni i tylko egzaltacja każe ubierać proste emocje w piórka wyszukanych słów. Na prawdę chciałabym to wiedzieć. Tylko podejrzewam, że argonauci Malinowskiego pachnieli jednak lepiej od chłopów z dworca w Chengdu i tylko antropolog-masochista chciałby spędzić wśród nich czas podrzebny, do przeprowadzenia badań.
Pójdę teraz spać, zbiorę energię na poranek, na godzinę piątą. O piątej pociąg ma dotrzeć do Guangzhou i potrzebna mi będzie przytomność umysłu, żeby przesiąść się w odpowiedni środek lokomocji, którym pojadę dalej.

sobota, 29 listopada 2008

Przygoda dopiero się zaczyna:)

Mimo że wysłałam 14 kilo rzeczy do Polski, wbrew przewidywaniom, mój plecak wcale nie jest mały - przeciwnie, nieprzyzwoicie wypchany i dość ciężki. Może to za sprawą potężnej wałówki, którą zapakowałam na trzydziestogodzinną podróż pociągiem. Kiedy zapasy zostaną zniszczone, plecak powinien zamykać się z pewną łatwością, której teraz zdecydowanie mu brak. Na to liczę.
Syczuan pożegnał mnie dobrym jedzeniem. W przedszkolu obiad był odświętny, na cześć powrotu dyrektorki z pobytu w szpitalu. Oczywiście zafundowała wszystkim maoyazi... Na szczęście oprócz maoyazi były też kwaszone grzyby i dobra zupa. Wieczorem było lepiej, bo wraz z dyrektorką, jej dwiema asystentkami i Denną podczepiłyśmy się pod imprezę szefostwa Aerospace Company i z minami mówiącymi mnie-tu-wcale-nie-ma wyprawiłyśmy sobie ucztę. Świeże krewetki, makaron z owocami morza, biała ryba, tak delikatna, że trudną ją jeść pałeczkami, ostre mielone mięso, do napełniania mini falafelków, świeże i gotowane warzywa, wyborna zupa ostrygowa, w której pływały podłużne pierogi, kawałki mięs w najróżniejszych sosach. Wreszcie coś wyglądającego, jak gładka sajgonka, obsypanego na brzegach sezamem. Po przegryzieniu chrupkiej skórki miękkie, słodkawe wnętrze, o konsystencji gęstej waty.
Kocham kuchnie syczuańską i będę za nią na pewno tęsknić. Późnym wieczorem, po spakowaniu plecaka, wybrałam się jeszcze ostatni raz na nocny targ. Zjadłam pieczone ziemniaki, naleśnikowe zawijasy, kilka patyczków z kalmarami. Na wynos wzięłam miskę zimnego makaronu. Och, będzie mi tego brakować..!
Teraz muszę odnieść klucze od mieszkania i zostawić je u stróża w przedszkolu, złapać rikszę na dworzec autobusowy i pojechać do Chengdu. Tam zahaczę o Bookworma, bo zapomniałam kupić książki na drogę, a później wsiądę w autobus na północny dworzec kolejowy. O dwudziestej drugiej mam pociąg do Guangzhou, czyli Kantonu, gdzie wysiądę we wtorek około godziny piątej rano. Znajdę autobus do Shenzhen i tam przekroczę granicę z Hongkongiem. Chcę złożyć paszport w biurze wizowym jeszcze tego samego dnia. Później będę szukać Chunking Mansions, cieszącego się kiepską sławą budynku, w którym mieszczą się najtańsze w mieście hostele. W Hongkongu pewnie znajdę jakiś hot spot i na pewno napiszę choć krótki post.
Oczywiście w pracy nie obyło się bez stresów. Po prawdzie pożegnanie w przedszkolu było bardzo miłe i dostałam nawet prezent (tradycyjny wełniany szal), ale ludzie z biura w Pekinie, jak zwykle się nie popisali. Kiedy w piątek wieczorem sprawdzałam, czy moja pensja wpłynęła na konto, srodze się rozczarowałam. Wściekła zadzwoniłam do Maggie, która smutnym głosikiem stwierdziła, że w weekend nic nie załatwią. Bez ceregieli zwróciłam się do mojego menagera z AIESEC i zdaje się, że użył jakiś ciężkich argumentów, bo w sobotę po południu pieniądze były na miejscu. Co się nadenerwowałam, jak zwykle, moje. Maggie albo zrezygnowała, albo straciła posadę i zapomniała zostawić polecenie przelewu swojemu następcy.
Nie mogłam się także doprosić o list polecający, którego napisanie leży w zakresie obowiązków pracowników z Pekinu. Poratowała mnie Denna i dyrektorka przedszkola - napisałam tłusty kawałek tekstu o moich niewątpliwych zaletach, Denna przetłumaczyła, a dyrektorka postawiła wszystkie możliwe pieczątki. I mam.
Nie chcę mieszać i na tym blogu, pojawią się jeszcze tylko opisy mojej podróży i pobytu w Hongkongu, a później drogi przez całe Chiny do Pekinu. Posty filipińskie zamieszczę pod innym adresem, który pojawi się na pasku bocznym.

Teraz czas pożegnać się z Syczuanem i moim Longquan. Jak zwykle w życiu, coś się kończy, coś się zaczyna. Mam nadzieję, że zaczyna się przygoda życia i najbliższe dwa miesiące będą przepiękne. Z resztą, nie ma innej możliwości!


wtorek, 25 listopada 2008

Ostre...

Jakie to jest dobre... ^^~

niedziela, 23 listopada 2008

...

Dziś koło dziewiętnastej stwierdziłam, że moje łóżko podskakuje i chwieje się mocno na boki. W pierwszej chwili nie zrozumiałam, co się dzieje i poczułam się, jak bohaterka jakiegoś filmu grozy klasy b, w którym łóżko pożera swoją właścicielkę. Racjonalne myślenie przyszło dopiero w chwili, gdy zobaczyłam, jak wielka przeszklona szafa wykrzywia się dziwnie, a z sufitu sypie się tynk. Szybko skalkulowałam, czy wybiegać z mieszkania od razu, czy chwycić jeszcze apteczkę, saszetkę z dokumentami i ...aparat fotograficzny. Złapałam wszystkie rzeczy, naszykowane na taki wypadek na półce i pędem znalazłam się na klatce schodowej. Na przeciw mnie stała sąsiadka z kocem w ręku. Spojrzałyśmy na siebie, po kilku sekundach uśmiechnęłyśmy się z ulgą, bo wstrząsy ustały. "Dobranoc" - sąsiadka uśmiechnęła się, zamykając drzwi do mieszkania. Wróciłam do siebie i w porę usiadłam na łóżku (na szczęście nie łóżku-ludożercy), bo poczułam, jak miękną mi nogi.

piątek, 21 listopada 2008

Mao Undercover

Miałam dziś w ręku prawdziwą "czerwoną książeczkę". Z dumą pokazał mi ją sprzedawca staroci. Wydanie angielsko-chińskie. Nie zdążyłam się przyjrzeć, bo wyrwał mi ją z ręki Chris, zniechęcając mnie do dalszej eksploracji straganu. Zdążyłam jeszcze tylko rzucić okiem na metalowe przypinki z przewodniczącym Mao. Za przypinkę średnicy centymetra sprzedawca kazał sobie płacić trzydzieści yuanów. Cena niby śmieszna, ale za tyle, to ja mam nocleg w hostelu, a teraz wszystko przeliczam w ten sposób. Pożegnałam się więc z Mao jakoś bez żalu, a teraz siedzę i jakby zła jestem na Chrisa, że popsuł mi możliwość przyjrzenia się z bliska świadectwom przeszłości. Mam po prostu uczulenie na tego człowieka i cokolwiek, co z nim związane, przestaje być dla mnie atrakcyjne. I Mao w tamtej chwili wydał mi się nieatrakcyjny, a teraz smutno i tęskno do czerwonej przypinki z pucołowatym przewodniczącym. Nie, żebym skusiła się i miała kupować, ale pooglądać, potrzymać w ręce, nie zaszkodziłoby przecież.
Mao nie jest chyba ostatnio w modzie. Nawet gdyby chcieli, działacze partyjni nie wypromują go już na gwiazdę i nikt nie będzie chciał przypiąć do kurtki podobizny przewodniczącego. Lepiej przypiąć sobie koreańskiego piosenkarza o wdzięcznym pseudonimie Rain, albo oldschoolową Marylin Monroe.
Myślałam, że w Chinach przewodniczący Mao będzie na mnie patrzył z każdej wystawy sklepowej. Albo chociaż, że ktoś przytoczy czasem jeden z jego cytatów. Nic. Cisza. Przewodniczący nieobecny.
A wystarczy przecież spojrzeć na banknot stu juanowy. O tak, Mao wciąż tu jest. I to nie tylko pod postacią białego pomnika na placu Tianfu. Przewodniczący bawi się w takie przebieranki, że niby go nie ma, a jednak "akuku". I to na każdym kroku. Po prostu bardziej incognito.



środa, 19 listopada 2008

:)

Z maleńkim Xie Duohao, czyli Martinem. Jest za malutki, żeby reagować na angielskie imię, a właściwie zbyt rozkojarzony, bo wiecznie w swoim świecie. To musi być bardzo piękny świat, bo Xie Duohao wciąż się uśmiecha. Czasem na chwilkę się "obudzi", wtedy uda mu się policzyć do pięciu i to po angielsku. Albo wspiąć mi się na kolana, złapać mnie za nos i z obłędem w skośnych oczkach powtarzać "saadzy... saaadzyyy..?", czyli po syczuańsku "co to?". Fascynuje go oczywiście mój kolczyk. A jak założę jeszcze aparat na zęby, to zabawy jest na dobry kwadrans!
Do tego maleństwa będę tęsknić w Warszawie! Xie Duohao pewnie nawet mnie nie zapamięta, choć mówi do mnie "cioteczko".

niedziela, 16 listopada 2008

Zupka Chińska

Czyż istnieje lepszy symbol badziewia, niż zupka chińska? To produkt, w którym idealny kompromis między jakością a ceną uzyskuje się, maksymalnie obniżając obie te wartości. Dzieki takiemu zabiegowi nie powstaje dysproporcja, która mogłaby razić i rozpraszać podczas delektowania się daniem. Po prostu zupka jest cholernie tania i cholernie marna. Ale prawdziwa zupka chińska, czyli chińska zupka chińska, to coś zupełnie innego niż produkt znany z naszych polskich sklepów. To królowa zupek! Może przez analogię do faktu, że chińczycy są królami produkcji badziewia.

Chińska zupka chińska, po pierwsze, jest w zestawie z miska i widelczykiem. Po otwarciu wieczka znajdujemy porcję makaronu instant, taką samą, jak w polskiej zupce. I na tym podobieństwa się kończą, bo zamiast jednej torebusi z proszkiem smaku nieokreślonego, naszym wygłodniałym oczom ukazują się cztery saszetki – z przyprawami, suszonymi warzywami, tłuszczem i, w wypadku mojej ulubionej zupki, z kwaszonymi warzywami. Pyyyycha. I to pycha w godziwej ilości, takiej, która nie pozostawia w brzuszku pustego miejsca. W prawdzie jakość wypełniacza mogłaby być lepsza, ale czego spodziewaliście się po chińskiej zupce? I to za trzy pięćdziesiąt, czyli po naszemu złotych jeden i pół.

piątek, 14 listopada 2008

Ajajajajajajajajjaj!!!!!

Ogarnia mnie panika, prawdziwe Reisefieber. A było tak nudno! Dodzwoniłam się do linii lotniczych Cathay Pacific, chcąc potwierdzić lot do Manilii. Kupiłam bilety z Hongkongu kilka dni temu w agencji turystycznej na przeciwko przedszkola. Z kupna przez internet nic nie wyszło, bo strona odrzucała moją kartę. Obawy dotyczące biletu się rozwiały, a ja z podziwu wyjść nie mogę, że można kupić prawdziwy bilet lotniczy od kobiety, która nie mówi w żadnym innym języku niż syczuański, siedzi przed komputerem podobnym do amigi, a do jej nabrzmiałej piersi przyssane jest, zawinięte w ręcznik i dobrze związane sznurkiem, niemowlę.
Z Filipin będę musiała przetransportować się do Malezji lub Indonezji, żeby odnowić tamtejszą wizę. Poczytałam trochę w internecie, przegrzebałam fora i encyklopedie i już wiem, że... hmm, chyba, że nic nie wiem... Przede wszystkim jednak nigdzie nie powinnam ruszać się bez latarki czołowej, którą zostawiłam w Polsce, a która zresztą działa już wedle własnego uznania, raz tak, a raz nie. Czyli muszę kupić latarkę. Muszę kupić moskitierę. Widziałam moskitiery na wieczornym targu kilka dni temu, czy może to było dwa miesiące temu?? Jutro będę szukać. I przydało by się coś na... malarię! Nie mam w apteczce leków przeciwmalarycznych.... Muszę mieć! W poniedziałek będę kombinować, na pewno coś wykombinuje.
Już wiem, że z leniwego leżenia na tropikalnej plaży chyba nic nie wyjdzie, skoro znajdę się w bliskości wiosek łowców głów... Palmy niech sobie czekają!! Z resztą na noclegi w bliskości plaż może mi nie starczyć yuanów, znaczy tfu, pesos. Budżet mam mocno ograniczony.
Teraz tylko, aby jak najwięcej przeczytać, jak najwięcej się dowiedzieć, bo za dwa tygodnie wsiadam w pociąg do Hongkongu i czasu na zastanawianie się nie będzie.
Zostały mi tylko dwa tygodnie?? Co to za magiczna granica tych dwóch tygodni, przed którą czas wlecze się okrutnie, za to po jej przekroczeniu pędzi jak szalony!!
Miałam wielkie szczęście, że parę miesięcy temu w hostelu Maki i Sima spotkałam Małgosię, zapaloną podróżniczkę. Dała mi sporo cennych rad. Jej podróżniczy wyczyny, to jest coś! A poza tym, to jedyna Polka, którą spotkałam w Chengdu i z wielką przyjemnością raczyłam się w jej towarzystwie piwkiem. Mam nadzieję, że nasze szlaki skrzyżują się niebawem, choć wygląda na to, że nie nastąpi to w najbliższej przyszłości, bo dziś Małgosia ruszyła do Kunmingu, a dalej jej celem jest Tajlandia. Dostałam od niej namiary do Chinki, która wraz z mężem Anglikiem, mieszka w Hongkongu. Są to podobno bardzo mili ludzie i tam mogę zostawić na ponad miesiąc komputer. Nie chcę się z nim szarpać, jeszcze zawilgotnieje i będę dopiero miała kłopot. Niestety na razie Chiu, bo tak Chince na imię, nie odpowiedziała na mojego maila. Jutro krok następny, telefon. Oby poszło dobrze!


PS. Zajrzałam do mojej miski z maoyazi. Oprócz składników, które wymieniłam wcześniej, znalazłam kawałki odsączanego tofu i grzyby. Ugotowałam ryż i zmieszałam w proporcji 1:1 z daniem, bo potwornie mi się rozgotował i nie nadawał się do spożycia sam w sobie. Wkroiłam do wszystkiego gruszkę, co pewnie każdemu Chińczykowi wydało by się wyjątkowo paskudnym połączeniem. Całość ma teraz smak całkiem niezły, choć nadal jest potwornie ostre i chyba znów spuchną mi usta...






czwartek, 13 listopada 2008

kwa kwa, kaczuszko...

Panienka z Pekinu, której angielskie imię wdzięcznie brzmi Maggie, a adres mailowy to maggiehappiness, co dobitnie świadczy o stopniu zgąbczenia jej mózgu, znów dała popis. Ostatnio, załatwiając mi wizę, bardzo chwaliła się, jaka to ona jest zdolna, bo przedłużyła mi pobyt do sześciu miesięcy. „Sofi, Sofi, teraz możesz zostać w Chinach do kwietnia!” Świetnie, kochana Maggie, ale ja nie chcę zostawać w Chinach do kwietnia. Mam inne plany i jadę na południe. „Ojojoj, jaka szkoda, a może skorzystaj jednak z tej wizy i podróżuj po Chinach...” , tak namawiała mnie dumna z siebie Maggie. Cóż z tego, że ważniejsze dla mnie było dodatkowe entry, możliwość przekroczenia Chińskiej granicy po powrocie z Filipin. Nic to. Cieszyłam się, że mam wizę i gdyby coś z Filipinami nie wypaliło, mogę z Hongkongu spokojnie wrócić do Chin, zobaczyć w końcu wielkiego buddę z Leshan, którego już nie dam rady odwiedzić przed wyjazdem, a później spłynąć w dół nurtu rzeki Chang, czyli Jangcy, aż do Szanghaju. Ale nie!! Nie ma tak dobrze. Wczoraj głupia Maggie dzwoni i pyta, kiedy kończę pracę w Chengdu, bo musi poprosić policję o skasowanie wizy. Cooooooo??? Myślałam, że ją rozszarpię. Okazało się, że w momencie, w którym przestaję być praktykantem nie powinnam mieć wizy typu F. Oczywiście Maggie mogłaby sprawę przemilczeć i nikomu nie mówić, że już nie pracuję w przedszkolu. Nie było by najmniejszego problemu. Ale Maggie, która zazwyczaj o przepisach nie ma pojęcia i łamie je, na moją oczywiście niekorzyść, kiedy już wygrzebała jakiś przepis, chce się go trzymać, po to chyba tylko, żeby udowodnić, że nie jest ignorantką. Robi z siebie tylko jeszcze większą kretynkę i zołzę... A, Bogiem a prawdą, wiza nie jest mi od grudnia do niczego potrzebna, ale brak kompetencji tej panienki, jej krętactwa (posunęła się nawet do okłamania mojego aiesecowego menadżera, żeby nastawić go przeciw mnie i zmusić do kontynuowania pracy w grudniu) i naiwne minki, które stroi, szargają moje nerwy. Gdyby nie to, że kiedy w styczniu dotrę do Pekinu, będzie miał akurat miejsce Festiwal Wiosenny i biuro będzie zamknięte, zasugerowałabym delikatnie przełożonym, że powinni ją zwolnić. Na szczęście wakacje wiosenne powstrzymają mnie przed tym małostkowym posunięciem, którego dopuściłabym się z wielką rozkoszą i bez wyrzutów sumienia.

Dziś na obiad w przedszkolu podano maoyazi, ulubione danie wszystkich nauczycieli; plasterki korzenia lotosu, kiełki soi, kluski ryżowe, wodorosty, paseczki słodkich ziemniaków i, najważniejsze, kawałki kaczki – wszystko w potwornie ostrym oleistym sosie, od którego spuchły mi usta. Miałam wątpliwą przyjemność jedzenia tego wcześniej i drugi raz utwierdził mnie w przekonaniu, że nie lubię maoyazi. A to właśnie ja, za swoją pensję, kupiłam kaczki i wręczyłam je kucharzowi. Gdy ktoś dostaje w pracy premię, awans, albo odchodzi, w dobrym tonie jest zaprosić współpracowników na kolację. W moim przedszkolu załatwia się to bardziej bezproblemowo, po prostu przynosi świeże kaczki. Postanowiłam się nie wyłamywać i zrobić to samo. Moim zdaniem jedzenie było paskudne, ale przedszkolanki zdawały się wniebowzięte. Po obiedzie pobiegłam jak strzała do sklepu na rogu i wzięłam na krechę butelkę mleka orzechowego, które gasi płomienie w żołądku po pikantnym posiłku. Produkuje się je tak samo jak mleko sojowe, z tym że podstawą są orzechy włoskie. Początkowo wydawało mi się wyjątkowo przykre w smaku, teraz nie wyobrażam sobie, jak będę bez niego żyła po powrocie do Polski. Kolejny znak mojego „zchińszczenia”...

Szybka drzemka i wracam do pracy. Na wieczór mam jeszcze pół miski maoyazi, nie dojadłam obiadu. Suuuuper...


środa, 12 listopada 2008

Myślałam już, że nic ciekawego mnie tu nie spotka. Ot, przyzwyczaiłam się do mojej chińskiej prowincji i siedzę sobie tu, lekko otępiała, czekając na koniec miesiąca i dzień, w którym wsiądę w pociąg do Hongkongu, a właściwie do Guangzhou, gdzie przesiądę się w autobus do Shenzhen, skąd blisko już do Hongkongu. Każdy dzień jest podobny do poprzedniego, wychodzę do pracy, kiedy na dworze jest jeszcze szaro. Wracam tuż przed zmrokiem.

Śmiertelnie wynudzona, czekałam na rozpoczęcie popołudniowych zajęć, kiedy okazało się, że są odwołane. Nie ucieszyłam się bardzo, bo po południu mam moje ulubione grupy, ale nie mogę powiedzieć też, żebym żałowała takiego obrotu spraw. Okazało się, że policjantka z komisariatu, pod którego rejon podpada przedszkole, poprosiła naszą dyrektorkę o przysługę. O nie zgodzeniu oczywiście nie mogło być mowy. Pani policjant potrzebowała obcokrajowców... Przysługa miała dotyczyć komisariatu znajdującego się o region dalej, w okolicy podobno bardzo ciekawej, zostaliśmy więc z Chrisem przekupieniu obietnicą darmowej wycieczki. Po pół godzinie jazdy samochodem dotarliśmy do bardzo tradycyjnej dzielnicy, w której można kupić wszelkie rękodzieło z Syczuanu, Yunnanu i Tybetu, a także wyborne jedzenie. Błogosławię fakt, że wcześniej nie wiedziałam o tym miejscu, bo przetraciłabym całą pensję, kupując kolorowe etno-szmaty. Co do jedzenia zaś, jest oczywiście bardzo tanie, a lepszego makaronu na zimno jeszcze nie jadłam! Poezja... Na deser podano szklistego gluta, którego uwielbiam, ale nijak nie mogę dojść, z czego jest wyrabiany. Glut pławił się w syropie z brązowego cukru i na samo wspomnienie robi mi się przyjemnie.

Przysługa, o którą chodziło, była właściwie drobnostką, choć drobnostka ta ma w sobie więcej absurdu, niż wiele rzeczy całkiem sporych. Mieliśmy z Chrisem udawać zagubionych laowai, którzy po chińsku ani be ani me i szukają ratunku. A funkcjonariusze mieli się popisać, jak sprawnie obchodzą się z obcokrajowcami i tym sposobem zaimponować przybyłym na wizytacje przełożonym. Cyrk na kółkach. Przed przybyciem przełożonych zdążyliśmy przećwiczyć scenkę dobre pięć razy, pograć w pingponga z policjantami i zaobserwować, że ich praca składa się z przerw na papierosa, rozgrywek pingponga i pożerania jedna za drugą porcji pysznego miejscowego makaronu, oczywiście za friko, bo restauratorom nie wypada odmówić uprzejmości wobec stróżów prawa i porządku. Obejrzałam też groteskową lekcję walki wręcz i doprowadziłam Dennę do histerycznego śmiechu, parodiując funkcjonariuszy. Zastanawiałam się, czy któryś z nich kiedykolwiek musiał wykorzystać tą drogą nabyte umiejętności i doszłam do wniosku, że za pewne nie, dzięki czemu dalej mogą oni wykonywać te swoje dziwne wymachy w przeświadczeniu, że są zabójczo groźne. Oprócz oczywistego faktu słabej koordynacji ruchowej, o funkcjonariuszach nie można powiedzieć jednak złego słowa, bo czy to ich wina, że na państwowej posadzie nie mają nic konkretnego do roboty i mogą się obijać cały dzień?

W przeciwieństwie do dnia, w którym z obłędem w oczach zgłaszałam w Chengdu kradzież portfela, tym razem mój pobyt na posterunku był bardzo przyjmy i, jak przystało, pouczający. Znów pogłębiłam swoją wiedzę na temat działania sprawnego mechanizmu, jaką jest Chińska Republika Ludowa. Otóż, wszystko opiera się na małym oszustwie, takim zupełnie tycim. Chińczycy po prostu udają, że w tym co robią, nie ma nic dziwnego. Z pobłażliwymi uśmiechami, spokojnie wykonują bezsensowne czynności. W Polsce ten numer nie przeszedł chyba właśnie dla tego, że zbyt wielu ludzi nie umiało się zdobyć ani na pobłażanie, ani na uśmiech, ani na spokój. Chwała im za to, bo dostałabym ciężkiej nerwicy odstawiając szopki na co dzień i udając, że bardzo mi z tym dobrze, choć nikt nie pytał mnie o zdanie.

I tym sposobem wyszło patriotycznie, adekwatnie do wczorajszej daty.

Pozdrowionka.



piątek, 7 listopada 2008

i foto też

Czasem jednak pokaże się kawałek nieba


Kury w Chinach mają wyjątkowo długie nogi...


Owocowo


Dobrocie w marynatach


Przyprawy


Pani uciekła z kadru, kaczki nie mogły


Dziś prawie potknęłam się o taką samą świńską głowę na środku chodnika


...dlatego właśnie nie smakuje mi tu mięso


Wystawa "torciarni". Wszystkie torty są obrzydliwe


Codzienne jedzenie: ryż z zieloną fasolką, kwaszone ważywa, smażony korzeń lotosu, gęś z papryką


Monopolowy. Czasem to już pozostaje tylko kieliszek;)